Środowa wyprawa do lasu

Środowa wyprawa do lasu
Udostępnij:
  •  
  •   
  •  

Wtorek przebiegł pod znakiem ulew, więc środa w lesie mogła zapowiadać się ciekawie – śliskie górki to wyzwanie, po deszczach, ekstremalne. Ale co tam! Las szybko dał mi potwierdzenie tego, o czym pisałam ostatnio: a dios kozakos.
 

Co prawda przyniosłam kilkanaście sztuk [nie takich, jak na zdjęciu], ale w miejscówkach świeci pustkami. Prawdziwek – jeden, totalnie obżarty przez ślimory. Za to pozytywnie zaskoczyły mnie kurki. Tym razem znalazłam pieprzniki jadalne, ametystowe i w sporych ilościach pieprznika pomarańczowego [czerwona lista E – wymierające]. Co bardzo mnie cieszy, obok miejscówek z ub. roku trafiłam na nową i dobrze, bo jedyne sensowne fotki powstały w niej.
   
   
  

Pieprznik pomarańczowy w porównaniu z ametystowym czy jadalnym jest bardzo delikatny i kruchy, nawet przy odsłanianiu grzybka z trawy czy gałązek łatwo go uszkodzić. Ale dzięki temu znalazłam po raz pierwszy ziemicę półkolistą. Potem kolejne 2 przy foceniu jakichś maluchów.
    

Przy ograniczonej ilości gatunków jeszcze niedawno, teraz, gdy spojrzy się uważnie gdziekolwiek – na ziemię, na drzewo, stare pnie – widzi się grzybaski. Bolączką lasu, do którego chodzę, jest panujące w nim ciemno, więc nie zawsze upolowane na kartę pamięci okazy nadają się do prezentacji. Właśnie w takiej mrocznej części lasu jesteśmy. Znajduję tu drugą miejscówkę świecznicy rozgałęzionej [V – narażone]. Zrzucam ślinika, który już czyha, żeby ją pożreć. Za chwilę kolejny cieszący oko okaz – pięknoróg szydłowaty. W innej części lasu znajdę kolejny egzemplarz.
   
    

Zaglądam pod drzewo, gdzie znalazłam dwa dni wcześniej czernidłaczki – już są stare i lada chwila nie zostanie po nich ślad. Ale właśnie taka ich forma najbardziej mi się podoba.
Kawałek dalej na mocno spróchniałej kłodzie dwa urocze grzybki[?] – kapelutek może z 0,5 cm a długi trzon średnicy może 2 mm. Walczę z aparatem dość długo,ale efekt nie powala.
    

Po raz kolejny poznaję na własnej skórze, co to ironia losu – gdy w końcu przekonałam się do zjedzenia gołąbków zielonawych i rzuciłam wychodząc na grzyby „no to dziś będą w menu gołąbki” okazało się, że owszem, pełno ich, ale starych i robaczywych. Wiele ktoś powyrywał i zostawił. Także tego młodego muchomora zielonawego. Obok rosły inne w skupiskach po kilka owocników.
  

Namierzam kolejne maluchy – włośniczka to śliczny grzybek, ale przy kiepskim świetle efekty nie są zbyt satysfakcjonujące. Mam wrażenie, że to jakieś dwa gatunki i że ten pierwszy widzę pierwszy raz w życiu. Co ciekawe, nie widzę śluzowców – poza jednym odnotowanym przykładem.
   
 

Pora na nadrzewne. Tu dzieje się sporo i niemal same tajemnice. Na początek gmatwica chropowata, potem już same NN-y.
   
    

I kolejny okaz czerwonolistny – R [rzadkie] – fałdówka kędzierzawa. Muszę do niej wrócić w lepszych warunkach, bo to urodziwy grzybek. Obok drzewo obrośnięte sporej wielkości owocnikami – podejrzewam wrośniaka anyżkowego.
   
I inne grzybki.
   
   

Przy wyjściu z lasu znajduję kilkanaście rozrzuconych „jajek” – to czarcie jaja okratka australijskiego. Oj, będzie się działo, będzie śmierdziało… Ale widok tych inwazyjnych grzybów w stadium dojrzałym – niebanalny. W tym roku są tak miłe, że wyrosły tuż przy ścieżce i nie będę musiała buszować po krzaczorach.
    

I na koniec był łaskaw zapozować mi ciemnokres wierzbowiec. Czego trzeba więcej? :papa:
   

Wyświetleń: 519


Udostępnij:
  •  
  •   
  •  

Dodaj komentarz