Cud nad Wisłokiem – czyli grzybobranie na Podkarpaciu.

Cud nad Wisłokiem – czyli grzybobranie na Podkarpaciu.

Cud nad Wisłokiem – czyli grzybobranie na Podkarpaciu.

Od dłuższego czasu śledzę grzybowe doniesienia z Podkarpacia. Gdy u nas w Małopolsce grzybów jak na lekarstwo to na Podkarpaciu grzybiarze wynoszą pełne kosze… Dziwne jest to trochę, bo w moich górskich lasach wcale nie jest ani sucho ani jakoś super chłodno.
Chciałem przekonać się jak to jest z tymi grzybami na Podkarpaciu. W czwartek po godzinie 18.00 umówiłem się z Sławkiem na wyjazd do Rzeszowa.

Krysia i Włodek już od dawna zapraszali mnie na grzybobranie w ich lasach, dlatego aby przekonać się jak to jest z tym cudem nad Wisłokiem skorzystałem z tego zaproszenia.
Gdy przyjechaliśmy do Rzeszowa stół w gościnnych progach był już cały zastawiony :) Oczywiście grzybki królowały na nim tak jak u grzybiarzy. Ja przywiozłem z sobą włoskie grzyby w oleju i siedzunie w occie. Krysia z Włodkiem serwowała jaja sromotników bezwstydnych, które Sławek  po raz pierwszy miał okazję kosztować. Oczywiście borowiki szlachetne w occie z Podkarpacia też były na naszym stole…

  

Rano mieliśmy jechać po świeże…
Degustacje grzybków i naleweczki mojej produkcji trwały do późnych godzin wieczornych.
Gdy poszliśmy już spać gościnni gospodarze przyszli jeszcze na dobranoc z podkarpacką naleweczką na miodzie na dobry sen…
Nie wiem dlaczego, ale piesek Krysi tak bardzo mnie polubił, że przyszedł pożegnać się  na dobranoc :)

  

Rano po śniadaniu Krysia wzięła nas do swojego samochodu i wyruszyliśmy w  niewiadomym  nam kierunku… myślę że gdzieś w stronę Bieszczad.
Gdy zajechaliśmy na wielki leśny parking deszcz jeszcze nie padał… Ruszyliśmy leśną drogą, na której Krysia pokazała nam świeże ślady wilków… Wspominała, że w tej okolicy pojawia się też niedźwiedzica z młodymi ale mnie jak i Sławka jakoś to nie przerażało. Spragnieni borowików moglibyśmy podzielić się nimi nawet z niedźwiedzicą :)

  

Wejście do lasu i  zaczyna padać deszcz… Jakoś tak wyszło, że Sławek zapomniał sobie wziąć bluzy z długim rękawem a ja kurtki przeciwdeszczowej. Co prawda Krysia miała kurtkę przeciwdeszczową, ale nie miała odpowiednich butów na deszcz… Ale co tam, jesteśmy twardzi grzybiarze i żaden deszcz nie pokrzyżuje nam planów :)
Muszę nieskromnie powiedzieć, że to ja znalazłem pierwszego borowika… Miałem zamiar dużo fotografować ale przy mocno padającym deszczu jest to utrudnione…
Borowiki rosły jak w bajce całymi stadami… były też i borowiki ceglastopore, muchomory czerwieniejące i kurki…

   
   
   
   

Gdy byliśmy w środku lasu spotkaliśmy „czerwonego kapturka” – może nie dosłownie czerwonego, ale sympatyczną panią Monikę która jak nam pokazała swój koszyczek zapialiśmy z zachwytu. Borowiki były  pięknie oczyszczone i włożone do koszyka.

 

Gdy koszyki nasze były już dość napełnione a deszcz nie przestawał padać postanowiliśmy zakończyć grzybobranie na tej miejscówce.
Wróciliśmy na parking,  nasz samochód był jedynym jaki tam stał… a gdy przyjechaliśmy było ich chyba z siedem… no proszę jacy z nas twardziele…
Gdy wracaliśmy do Rzeszowa deszcz przestawał padać,  dlatego Krysia postanowiła pokazać nam jeszcze inny las. Dojazd do niego to raczej tylko dla samochodów terenowych… jak widać oprócz nas przyjechał tam jeszcze ktoś inny…

   

W tym lesie było o wiele bardziej sucho ale nie znaczy, że mniej grzybowo… Dopełniliśmy koszyki i powróciliśmy do Rzeszowa.

   
 

Zanim wyjechaliśmy z Rzeszowa obraliśmy sobie z Krysią swoje grzyby i poczęstowani pysznym żurkiem, zaczęliśmy sesję fotograficzną naszych grzybów…
Serdeczne podziękowania dla miłych gospodarzy za gościnę i pokazanie podkarpackich lasów.

   

Wracając z Rzeszowa postanowiłem, że w kolejnym dniu odwiedzimy lasy koło Nowego Sącza i Krynicy. Oczywiście mieliśmy też odwiedzić Ewkę Ewkę, która z nami miała zamiar iść do lasu… ale to już opowieść na kolejnego niusa.

Awatar użytkownika

Wyświetleń: 1025

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *