LXVIII zagadka Bobika

Awatar użytkownika

Autor tematu
Bobik
Śmiertelnie trujący zarodnikowiec
Śmiertelnie trujący zarodnikowiec
Posty: 7016
Rejestracja: sobota, 11 grudnia 2004, 19:13
Ulubione grzyby: Każdy, byle nie trujący :)
Lokalizacja: N 49°38′57″ - E 019°49′48″
Pochwalił: 1996 razy
Pochwalony: 1460 razy
Kontakt:

LXVIII zagadka Bobika

Post autor: Bobik » sobota, 6 stycznia 2018, 08:54

Tajemnica ARA „San Juan”: porwanie?

W dniu 18.XI.2016 roku, argentyńska marynarka wojenna utraciła kontakt z okrętem podwodnym ARA San Juan (A-42), który prawdopodobnie zatonął w Oceanie Atlantyckim gdzieś na wysokości portu Comodoro Rivadavia w zatoce Golfo de San Jorge. Ostatni kontakt radiowy z jednostką miał miejsce w dniu 15 listopada o godzinie 07:30 ART/10:30 GMT. Od tej pory po okręcie zaginął wszelki ślad.
Mimo intensywnych poszukiwań, okrętu nie odnaleziono. Portal Defence 24 podaje rozmaite warianty wydarzeń, który to materiał podaję w całości:


Dlaczego nie udaje się odszukać okrętu podwodnego ARA „San Juan”?
[ANALIZA]

Brak sukcesów w poszukiwaniach zaginionego argentyńskiego okrętu podwodnego ARA „San Juan” budzi zdziwienie tylko wśród osób, które nie wiedzą jak przebiega proces odnajdywania wraków w głębinach oceanów. Należy mieć jednak świadomość, że dna mórz i oceanów są mniej znane niż powierzchnia Księżyca. Dlatego też zaginione okręty podwodne najczęściej odszukuje się „przy okazji”, a nie w ramach specjalnie zakrojonej w tym celu akcji.

Operacja poszukiwawcza zaginionego, argentyńskiego okrętu podwodnego ARA „San Juan” trwa już ponad półtora miesiąca i wszystko wskazuje na to, że może zostać przerwana lub przynajmniej ograniczona do niewielkich sił – wyznaczonych bardziej dla uspokojenia opinii publicznej niż z powodu wiary w sukces ich pracy. Pomimo, że o tym się oficjalnie nie mówi, ilość jednostek pływających biorących udział w całej akcji została już zmniejszona do trzech okrętów i wycofano już całkowicie siły ratownicze. Nie ma bowiem szans by na powierzchnię udało się wyciągnąć kogokolwiek żywego z załogi okrętu.

Dla wyjaśnienia tragedii niezbędne jest jednak odnalezienie wraku. W realizacji tego celu ekipy poszukiwawcze napotykają na kilka poważnych problemów. Po pierwsze okręty podwodne są budowane w taki sposób, aby bez wiedzy załogi było je jak najtrudniej znaleźć: i to zarówno z wody, jak i z powietrza. Po drugie woda jest środowiskiem, w którym jak na razie najskuteczniejszym środkiem wykrywania obiektów podwodnych są systemy hydroakustyczne – ze wszystkimi, związanymi z tym ograniczeniami.

Po trzecie, ze względu na samo środowisko (w tym m.in.: ogromne ciśnienia na dużych głębokościach, niską temperaturę, zmienne parametry wody, całkowitą ciemność oraz trudne warunki atmosferyczne na powierzchni) nie istnieje tak naprawdę dokładna mapa dna oceanów. Tak więc bez zrobienia zdjęć nie można najczęściej określić, czy to co znaleziono na dnie, znajduje się tam od dawna, czy też zatonęło w przeciągu kilku ostatnich miesięcy. I to właśnie dlatego najgłębsze części oceanów są mniej znane niż powierzchnia Księżyca, a na dużych głębokościach są organizmy oraz obiekty, o których ludzie nic jeszcze nie wiedzą.

To również z tego powodu dopiero teraz są odnajdywane wraki okrętów podwodnych, które zaginęły ponad 100 lat temu, a przedwojenny okręt podwodny ORP „Orzeł” pomimo kilkakrotnie prowadzonych poszukiwań jest nadal określany jako „zaginiony” - gdzieś na Morzu Północnym.

Wykrywanie wraków okrętów podwodnych

Rozwój technik sonarowych powoduje jednak, że wiedza o morzach i ocenach jest coraz większa, a ze światowych map dna morskiego powoli zaczynają znikać białe plany. Jest to szczególnie ważny okres dla archeologii podwodnej i historyków, ponieważ praktycznie co miesiąc odszukiwane jest coś, czego wcześniej nie można było zlokalizować – i to nawet w bardzo płytkich oraz podobno już przebadanych miejscach.

Dzięki tym nowym technikom odszukiwane (a właściwie lokalizowane) są również wraki okrętów podwodnych - chociaż najczęściej nie w czasie dedykowanej akcji poszukiwawczej, ale niejako przy okazji prowadzenia innych badań. Tylko w ciągu ostatnich czterech miesięcy 2017 roku odnaleziono pięć takich historycznych jednostek - dwie pochodzące jeszcze z czasów I wojny światowej i trzy z okresu II wojny światowej. O tym, jak niewiele wiemy o dnie mórz świadczy szczególnie przypadek wykrycia pozostałości po niemieckim okręcie podwodnym SM „UC-69” przez holenderski niszczyciel min HNLMS „Makkum” (typu Tripartite).

Jak się bowiem okazało nieznany wrak został znaleziony pod koniec października 2017 r. w odległości 8,5 Mm od francuskiego portu Barfleur w Normandii. Holendrzy wykryli więc okręt podwodny mniejszy (o długości 50,35 m, szerokości 5,22 m i wyporności podwodnej 500 ton) od argentyńskiego ARA „San Juan”, ale za to na wodach terytorialnych Francji, a więc akwenie teoretycznie bardzo dobrze znanym.

Sam proces identyfikacji wraku nastąpił dopiero pod koniec listopada 2017 r., ponieważ początkowo rejestry zaginionych jednostek nie wskazywały, by coś w tym miejscu mogło się w ogóle znajdować. Dopiero, gdy porównano zdjęcia odnalezionego obiektu z materiałami historycznymi okazało się, że są to pozostałości niemieckiego, podwodnego stawiacza min SM „UC-69” typu UC-II, który 6 grudnia 1917 r. zatonął podczas kolizji z innym niemieckim okrętem podwodnym U-96. Jednostka zanurzyła się po 10 minutach od zderzenia, zabierając ze sobą na dno jedenastu członków załogi. Uratowany dowódca (Hugo Thielmann) oraz osiemnastu pozostałych marynarzy zostało zabranych do Niemiec na pokładzie okrętu podwodnego U-96.

Znamienne są przy tym okoliczności odnalezienia wraku. Nastąpiło to bowiem przypadkowo, podczas kolejnej już operacji przeszukiwania wybrzeży Normandii przez siły NATO – operacji, która była realizowana od 20 października do 7 listopada 2017 r. Warto przy tym zaznaczyć, że nadal niepowodzeniem kończą się ciągle ponawiane próby odszukania przez Holendrów swojego okrętu podwodnego HNLMS „O 13”, który zaginął na Morzu Północnym w czerwcu 1940 r., a więc w czasie II wojny światowej.

Jeszcze dłużej od SM „UC-69”, zaginiony pod wodą pozostawał pierwszy wprowadzony do służby w australijskiej marynarce wojennej okręt podwodny HMS „AE1”. I ta jednostka była mniejsza od ARA „San Juan” (o długości 50,35 m, szerokości 5,22 m i wyporności podwodnej 500 ton). Wcześniej było wiadomo jedynie, że HMS „AE1” zatonął 14 września 1914 r. wraz z całą, 35-osobową załogą. Była to pierwsza strata australijskiej marynarki wojennej i pierwszy okręt podwodny utracony przez siły alianckie w czasie I wojny światowej.

Wrak HMAS „AE1” został ostatecznie zlokalizowany u wybrzeżu Papui Nowej Gwinei (na wodach otaczających grupę wysp Duke of York Island) dopiero w trakcie trzynastej wyprawy poszukiwawczej w grudniu 2017 r. Zadanie realizował cywilny statek badawczy pływający pod banderą Bahamów „Fugro Equator” (o wyporności około 2000 ton). Początkowo wykryto tylko nieznany obiekt leżący na głębokości 300 m, który po przeprowadzonej identyfikacji fotograficznej okazał się być zaginionym okrętem podwodnym HMAS „AE1”.

Sprawa była pozornie o tyle łatwa, że wrak jest wyjątkowo dobrze zachowany i znajduje się najprawdopodobniej w jednym kawałku. Pomimo tego odnaleziono go dopiero po kilkunastu ekspedycjach, w których połączono siły australijskiej marynarki wojennej, australijskiego instytutu okrętów podwodnych, australijskiego narodowego muzeum morskiego, holenderskiej firmy Fugro Survey oraz rządu Papui-Nowej Gwinei. Kluczem do sukcesu okazał się statek badawczy „Fugro Equator” - wyposażony w najnowocześniejsze systemy obserwacji podwodnej (w tym przede wszystkim w wielowiązkową echosondę Kongsberg EM710 i bezzałogowy, głębokowodny pojazd podwodny).

Pomimo stosunkowo dokładnych zdjęć i widocznych na nim uszkodzeniach kadłuba jest za wcześnie na określenie rzeczywistych przyczyn zatonięcia okrętu podwodnego HMAS „AE1”. Przyczyny te być może uda się określić po dokładnym przebadaniu wraku w kolejnej ekspedycji badawczej. Podobnie długotrwały proces dochodzenia do przyczyn wypadku rozpocznie się na pewno po odnalezieniu okrętu podwodnego ARA „San Juan”.

O tym, jak trudno jest zlokalizować wrak leżący bardzo głęboko świadczy trzeci przypadek: tym razem amerykańskiego okrętu podwodnego USS „S-28” (SS-133) - odnalezionego w wodach okalających wyspę Oahu na Hawajach. W tym przypadku znano potencjalny rejon, gdzie ta jednostka mogła się znajdować, zaś jego poszukiwania trwały od momentu zatonięcia, czyli od 4 lipca 1944 roku.

Okręt z 49 członkami na pokładzie zaginął podczas ćwiczenia ZOP współdziałając z kutrem amerykańskiej Straży Przybrzeżnej „Reliance”. Znano więc rejon manewrów, który potwierdziła wykryta dwa dni później plama ropy. Jak się okazało w 2017 r. wrak leżał jednak na głębokości 2650 metrów, a więc długo nie było technicznych środków, by go namierzyć. USS „S-28” zlokalizowano dopiero wykonując sondaże batymetryczne (tworzące dokładny rozkład głębokości) za pomocą echosondy. To wtedy zauważono nierównomierność w dnie, wskazującą na jakiś podłużny obiekt.

Do jego dokładnej lokalizacji wykorzystano bezzałogowy, autonomiczny pojazd podwodny (AUV) z sonarem bocznym HISAS firmy Kongbserg z syntetyczną aperturą (taki sam sonar jest wykorzystywany na AUV Hugin 1000 będącym na wyposażeniu nowego, polskiego niszczyciela min ORP „Kormoran”), natomiast do wykonania zdjęć – głębokowodnych użyto zdalnie sterowanego pojazdu podwodnego.

Typowym przykładem znalezienia wraku „przy okazji’ jest sukces polskiej ekspedycji Santi Odnaleźć „Orła”. Polacy próbując odnaleźć zaginiony 11 czerwca 1940 roku okręt podwodny ORP „Orzeł” zlokalizowali bowiem coś innego - utracony miesiąc później na tym samym akwenie brytyjski okręt podwodny HMS „Narwhal”. Samej identyfikacji dokonano jedynie na podstawie zdjęć sonarowych, ponieważ znajdujący się w pobliżu gazociąg nie pozwalał na użycie sonaru holowanego i pojazdu podwodnego.

Analiza uzyskanego materiału zdjęciowego i materiałów historycznych (w tym określenie np. rozmiarów znalezionego okrętu podwodnego) pozwoliły z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że jest to HMS „Narwhal”. Wyczyn Polaków odbił się ogromnym echem w Wielkiej Brytanii, ponieważ na wyspach żyją jeszcze rodziny zaginionej 58-osobowej załogi. Natomiast Royal Navy do dzisiaj nie miała żadnych informacji co do rzeczywistych losów okrętu i swoich marynarzy. Teraz Polacy wyjaśnili tą nieznaną kartę II wojny światowej.

Tymczasem sprawa teoretycznie nie powinna być taka trudna. HMS „Narwhal” znajdował się bowiem „tylko” w odległości 140 Mm na wschód od wybrzeży Szkocji i „jedynie” na głębokości 94 m. Co więcej była to jednostka stosunkowo duża: o długości 89 m, szerokości 7,77 m i wyporności podwodnej 2157 ton. Pomimo tego nie można było go znaleźć. Dla porównania zaginiony, argentyński okręt podwodny ARA „San Juan” ma długość 66 m, szerokość 7,3 m i wyporność podwodną 2264 tony.

Piątą jednostką znalezioną w ciągu ostatnich czterech miesięcy był niemiecki okręt podwodny z czasów I wojny światowej. Znajduje się on na głębokości tylko 30 m niedaleko wybrzeży Belgii (koło portu Ostenda). Kadłub jednostki jest w bardzo dobrym stanie i dlatego na podstawie zdjęć można było ocenić od razu, że jest to prawdopodobnie jeden z niemieckich okrętów podwodnych typu UB-II. Zamknięte włazy wskazują, że w środku mogą się znajdować ciała całej – 23-osobowej załogi.

Pozycja okrętu jest jednak ukrywana, chcąc go uchronić przed łowcami pamiątek, którzy mogą zbezcześcić ten podwodny cmentarz.

Jak odszukano wraki okrętów podwodnych?

Zasadniczo proces wykrywania każdego wraku odbywa się w bardzo podobny sposób. Najpierw lokalizuje się jakiś obiekt pod wodą za pomocą sonaru. Przy mniejszych głębokościach stosuje się urządzenia zamontowane na jednostkach pływających na powierzchni (z antenami umieszczonymi pod kadłubem). Tak było w przypadku wykrycia przez Polaków okrętu podwodnego HMS „Narwhal”.

Przy dużych głębokościach musi to być już stacja hydroakustyczna z antenami umieszczonymi na bezzałogowym, autonomicznym pojeździe podwodnym (np. typu Hugin lub Remus), przewodowo sterowanym pojeździe podwodnym (np. wykorzystywanym m.in. przez polski niszczyciel min systemie PVDS - Self Propelled Variable Depth Sonar) lub opływniku holowanym za okrętem na wskazanej głębokości.

W tym drugim przypadku sytuacja jest o tyle dobra, że na opuszczanych pojazdach stosuje się najczęściej sonary z syntetyczną aperturą, a wiec dające obraz dna o bardzo dużej rozdzielczości. Można więc łatwiej stwierdzić, z jakiej klasy obiektem podwodnym mamy do czynienia. Tak było np. podczas odszukania australijskiego okrętu podwodnego HMAS „AE1”.

Do ostatecznej identyfikacji wykorzystuje się natomiast przewodowo sterowany pojazd podwodny wyposażony w silne źródło światła oraz kamerę telewizyjną światła szczątkowego. Operacja opuszczania takiego pojazdu jest jednak czasochłonna i możliwa tylko przy odpowiednich warunkach pogodowych). Dodatkowo samo operowanie robotem jest o tyle niebezpieczne, że wraki są najczęściej pokryte sieciami i linami. Przy silnych prądach zawsze więc istnieje możliwość zaplątania się pojazdu i jego utracenia.

Tak właśnie przebiegała operacja odszukania niemieckiego okrętu podwodnego UC-69 u wybrzeży Normandii. Wykrycia dokonano za pomocą sonaru, natomiast zdjęcia pozwalające na przeprowadzenie procesu identyfikacji uzyskano dzięki kamerom zainstalowanym na pojeździe systemu sonarowego o zmiennej głębokości SPVDS. W ten sam sposób weryfikuje się również obiekty wykrywane z powierzchni podczas poszukiwania okrętu ARA „San Juan”.

Dlaczego wykrycie zatopionych wraków jest takie trudne?

Jak na razie jedynym środkiem obserwacji technicznej, który pozwala na prowadzenie skutecznej obserwacji podwodnej jest sonar (Sound Navigation And Ranging). Jest to urządzenie bardzo przypominające zasadą pracy radary - służące do wykrywania celów powietrznych i naziemnych. Główna różnica polega na tym, że stacje radiolokacyjne wykorzystują falę elektromagnetyczną, a urządzenia hydroakustyczne falę mechaniczną (w większości przypadków – akustyczną).

O ile więc sygnały radarowe zasadniczo poruszają się w powietrzu prostoliniowo i z prędkością światła, to sygnały sonarowe w wodzie poruszają się prostoliniowo i z prędkością około 1400 m/s. ale tylko w idealnym (a wiec nieistniejącym) środowisku wodnym. Sygnały te rządzą się podobnymi prawami, a więc mają m.in. wyraźną zależność rozdzielczości od częstotliwości (co również przekłada się na zasięg). W obu przypadkach chcąc widzieć dalej wybiera się więc niższą częstotliwość sygnału (który jest wtedy mniej tłumiony), ale uzyskuje się mniejszą rozdzielczość (czyli mniejszą rozróżnialność szczegółów). I odwrotnie chcąc mieć większą rozdzielczość wykorzystuje się wyższą częstotliwość, ale ma się wtedy mniejszą odległość wykrycia (ponieważ jest większe tłumienie).

O wiele większa różnica jest natomiast jeżeli chodzi o sposób rozchodzenia się fal. Po pierwsze fala elektromagnetyczna jest kilkaset razy mniej tłumiona w powietrzu niż fala akustyczna w wodzie. Radary wykrywają więc małe obiekty w odległości kilkuset (a nawet więcej) kilometrów, natomiast sonary w odległości maksymalnie kilku tysięcy metrów.

Większą odległość wykrycia mają oczywiście specjalistyczne, duże sonary (na niższe częstotliwości) do zwalczania okrętów podwodnych, ale ich zadaniem jest tylko wykrycie i zlokalizowanie dużego obiektu w toni wodnej, a nie jego identyfikacja. Do tego służą już sonary pasywne (które tylko nasłuchują), ale one są bezużyteczne w przypadku wykrywania „niemych” wraków.

Bardziej przydatne do szukania obiektów dennych są podkilowe sonary do wykrywania min, które pracują na wyższych częstotliwościach (najczęściej kilkudziesięciu – kilkuset kHz). Dają one już bowiem pewną możliwość identyfikacji obiektu, ale przy zasięgu nie większym niż tysiąc metrów. Przykładem może być wykorzystywany na niszczycielach min typu Tripartite sonar podkilowy typu 2193 (koncernu Thales). Pozwala on na wykrywania obiektów podwodnych do odległości 1000 m i głębokości 80 m.

Po drugie zarówno w przypadku sonarów jak i radarów dochodzi do załamania się fali, jednak w przypadku sygnałów radiolokacyjnych jest to proces mało odczuwalny i najczęściej tratowany jako anomalia. W przypadku sonarów, z powodu nierównomierność środowiska wodnego, tor przebiegu sygnału jest już bardzo mocno odchylony od prostoliniowego i jest to reguła, którą trzeba uwzględniać w całym procesie wykrywania obiektów podwodnych.

Uwzględnia się przy tym przede wszystkim zarówno pionowy jak i poziomy rozkład temperatur i zasolenia, których zmiany powodują duże załamania fal akustycznych, a nawet ich odbicie - bez dotarcia do dna. Wykorzystują to m.in. okręty podwodne, które schodząc poniżej takiej „nieprzepuszczalnej” warstwy (tzw. poziomu SLD) stają się niewidoczne dla sonarów z antenami umieszczonymi na jednostkach nawodnych. Stąd bojowe okręty nawodne są praktycznie nieprzydatne przy poszukiwaniu leżących na dnie wraków.

Zupełnie inaczej jest w przypadku specjalistycznych, badawczych jednostek pływających. Stosują one bardziej przydatne do tego celu urządzenia hydroakustyczne - nie „patrzące” do przodu, ale w dół i na boki. W podobny sposób pracują również sonary boczne zainstalowane na autonomicznych pojazdach podwodnych i umieszczone w holowanych opływnikach. Większość z sonarów ma zresztą syntetyczną aperturę, co oznacza, że dzięki cyfrowej obróbce sygnału zwiększa się wirtualnie rozmiar anteny (a więc również rozróżnialność szczegółów).

W ten sposób jednostka poszukiwawcza „widzi” pas dna morskiego o szerokości najczęściej kilkuset metrów. Szerokość ta zależy od głębokości morza w danym miejscu i od częstotliwości wykorzystywanej przez sonar (najczęściej: im ta częstotliwość jest większa tym ta szerokość pasa poszukiwań jest mniejsza).

Przykładowo w przypadku wielowiązkowej echosondy Kongsberg EM710 zamontowanej na statku badawczym RV „Fugro Equator” (znalazcy australijskiego okrętu podwodnego HMAS „AE1”), wykorzystuje się dwie częstotliwości. Na wodach płytkich jest to sygnał akustyczny w paśmie częstotliwości od 65 do 100 kHz dający obraz o tzw. bardzo wysokiej rozdzielczości. Na wodach głębszych wykorzystuje się już sygnał z pasmo częstotliwości poniżej 40 kHz - dający obraz o tzw. wysokiej rozdzielczości.

Zgodnie z danymi producenta echosonda pozwala na prowadzenie obserwacji na głębokościach od 3 do 2800 m - zależnie od rozmiaru anteny. Antena ta pozwala na jednoczesną obserwację pasa o szerokości będącej najczęściej 5,5 krotnością głębokości, ale nie większej niż 3000 m.

W przypadku sonaru bocznego HISAS firmy Kongbserg (wykorzystywanego m.in. na autonomicznym pojeździe podwodnym Hugin 1000) użytego przy poszukiwaniu amerykańskiego okrętu podwodnego USS „S-28” pas dna przeszukiwanego z każdej strony to 200 m (przy prędkości 2 m/s i 260 m przy prędkości pojazdu 1,5 m/s). Teoretycznie pozwala to sprawdzić w ciągu sekundy 730 m² dna morskiego dając jego obraz o rozdzielczości od 2x2 cm do 5x5 m.

Podobne ograniczenia mają holowane sonary obserwacji bocznej. Przykładowo stacja DF-1000 wykorzystywana przez polskie okręty hydrograficzne może być zanurzana do głębokości 1000 m, ale ma zasięg nie większy niż 300 m z każdej strony (pracując na częstotliwościach 100 i 400 kHz). Daje to pas przeszukiwania o maksymalnej szerokości 600 m. Przy koniecznej do dodania zakładce ten pas ogranicza się więc do maksymalnie 500 m.

Pas obserwacji nie jest więc szeroki, prędkość poszukiwania jest niewielka, a dodatkowo istnieje duża trudność z utrzymaniem podczas ruchu dokładnej pozycji pojazdu lub holowanego opływnika z sonarem. Oczywiście dzięki transponderowi znana jest jego pozycja, ale nie zmienia to faktu, że ruch nie odbywa się dokładnie po linii prostej i na tej samej głębokosci. Im większe są odchylenia od założonego toru – tym większą trzeba stosować „zakładkę” przy przeszukiwaniu sąsiedniego pasa – co wydłuża i utrudnia czas operacji.

Niekiedy więc przeszukuje się ten sam pas, a niekiedy pewne obszary mogą zostać ominięte. Dodatkowo sytuacja się komplikuje, gdy dno morskie nie jest płaskie i jednolite. Wtedy obraz staje się mało czytelny i trzeba go weryfikować za pomocą kamery na robocie podwodnym. By jednak go opuścić, trzeba przerwać poszukiwania sonarem, opuścić pojazd i go podnieść. A to wydłuża operację.

Jaki to może być problem świadczy fakt, że podczas poszukiwania argentyńskiego okrętu podwodnego ARA „San Juan” tylko do 27 grudnia br. wykryto 30 kontaktów, które trzeba było zweryfikować robotami podwodnymi. Za każdym razem trzeba było wezwać jednostkę z pojazdem i czekać na efekty weryfikacji.

Niestety dla Argentyńczyków jednolitość dna nie wpływa tylko na jakość obrazu sonarowego, ale również w ogóle na możliwość prowadzenia poszukiwań. Tymczasem przedstawiciele argentyńskich sił morskich już ujawnili, że okręt podwodny ARA „San Juan” zatonął prawdopodobnie poza szelfem kontynentalnym - na obszarze występowania w dnie systemu siedmiu długich, skalistych kanionów wraz z „dopływami” o głębokości nawet do 1000 m (system nazwany Almirante Brown). Jeżeli okręt podwodny właśnie tam zatonął to jego odnalezienie jest na obecnym poziomie techniki bardzo mało prawdopodobne, albo przynajmniej niezwykle czasochłonne i… kosztowne.

Jak przebiegają obecnie poszukiwania ARA „San Juan”?

Poszukiwaniu okrętu ARA „San Juan” są obecnie realizowane tylko przez trzy jednostki pływające: niszczyciel ARA „Sarandí”, który stanowi głównie zabezpieczenie i ochronę, rosyjski statek oceanograficzny RV „Jantar”, który próbuje znaleźć wrak okrętu podwodnego i argentyński holownik oceaniczny ARA „Islas Malvinas” z dużym pokładem zadaniowym. Zadaniem tej jednostki jest sprawdzanie obiektów pod wodą wykrytych głównie przez „Jantara” za pomocą robota podwodnego „Pantier Plius”, którego wypożyczyli Rosjanie.

Oznacza to, że z akcji mógł już zostać wycofany należący do amerykańskiej marynarki wojennej statek poszukiwawczy RV „Atlantis” wyposażony w robota podwodnego DSV CURV 21 – zdolnego do opuszczania się na głębokość 6000 m. Ma go teraz zastąpić rosyjski okręt „Jantar” na pokładzie którego znajduje się jednoosobowy batyskaf DSV AS-39 „Konsul”, którego również można opuszczać do głębokości 6000 m.

Rosjanie działają wspólnie z Argentyńczykami po decyzji prezydenta Władimira Putina i rozmowie telefonicznej ministra obrony Federacji Rosyjskiej Siergieja Szojgu ze swoim argentyńskim odpowiednikiem. Zadecydowano wtedy o wysłaniu drogą lotniczą do Argentyny ekspertów z 328. ekspedycyjnego oddziału ratowniczego rosyjskiej marynarki wojennej, aby pomóc w poszukiwaniu ARA „San Juan”. Razem z nimi wyekspediowano robota podwodnego „Pantier Plus”.

Jednocześnie w kierunku Argentyny wypłynął nowy – wprowadzony do służby w 2015 r. okręt oceanograficzny „Jantar” (o wyporności 5230 ton), który pojawił się w rejonie poszukiwań około 6 grudnia br. Siły te są intensywnie wykorzystywane o czym świadczy komunikat rosyjskiego ministerstwa obrony z 5 grudnia 2017 r. Wynika z niego, że tylko do 4 grudnia br. robot „Pantier Plius” był opuszczany sześciokrotnie na głębokości od 125 do 970 metrów. Niestety odnaleziono jedynie wrak starego trawlera oraz duży blok betonu.

Ograniczone do trzech jednostek siły poszukiwawcze nie wykryły w ciągu ostatniego tygodnia żadnych sygnałów mogących sygnalizować obecność zaginionej jednostki na dnie morza. Może to oznaczać, że utracony okręt podwodny znajduje się w zupełnie innym rejonie, lub co gorsza – w trakcie wcześniejszych poszukiwań wrak ARA „San Juan” został przeoczony. W tym przypadku jego odnalezienie może nastąpić za wiele lat i to też jedynie „przy okazji”. (M. Dura)
– zob.: http://www.defence24.pl/720758,dlaczego ... an-analiza.

Tajemnicza łódź podwodna

Doskonały materiał, świetna analiza. Osobiście jednak uważam, że sprawy mogą się przedstawiać zgoła inaczej i ARA San Juan nie zatonął, ale został porwany. Aby zrozumieć, co się z nim stać mogło, należy wziąć pod lupę informację z dnia 18.XII.2017 roku, którą podały niektóre polskie media, a która brzmi tak:


Ekwador: znaleziono tajemniczą łódź podwodną

Ekwadorska marynarka poinformowała o znalezieniu porzuconej tajemniczej łodzi, zdolnej do pływania w prawie całkowitym zanurzeniu. Jednostka tonęła. Nie wiadomo do kogo należy, ani co znajduje się na jej pokładzie.
Tonącą tajemniczą łódź, ok. 16 mil od półwyspu Santa Elena, zauważył w czwartek po południu łowiący tam rybak. Natychmiast wezwał straż przybrzeżną.

Jak się okazało jednostka ta, mierząca ok. 10 metrów długości, to rodzaj łodzi podwodnej. Może ona pływać w niemal całkowitym zanurzeniu. Tego typu łodzie, jak informuje ekwadorska prasa, tego typu jednostek używają między innymi przemytnicy narkotyków, by uniknąć namierzenia przez radar.
Czy odnaleziona łódź rzeczywiście do nich należała? Tego na razie nie wiadomo. W pobliżu nie znaleziono załogi jednostki. Jej członkowie opuścili ją z powodu poważnej awarii, która sprawiła, że łódź zaczęła tonąć.
Statek jest holowany do bazy marynarki w Salinas. Dopiero tam zostanie przeszukany.(WP.pl)

Faktycznie. Używano ich już w USA w czasach prohibicji do szmuglowania gorzały z Kanady. Takie łodzie podwodne były i są wykorzystywane na akwenach Trójkąta Świętego Jerzego i Trójkąta Bermudzkiego przez wszelkiego rodzaju przemytników – głównie prochów do USA i towarów atrakcyjnych i luksusowych z USA. O tym wiadomo od czasów słynnego procesu „8A” – gen. Arnaldo Ochoa Sancheza, który odbył się na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku w Hawanie. Jednym z zarzutów w tym dziwnym procesie był szmugiel narkotyków z Ameryki Południowej do USA.
Ale nie tylko, bo mówił mi o tym dowódca i załoganci okrętu patrolowego amerykańskiej Straży Przybrzeżnej USCGC "Gallatin", który w czerwcu 1993 roku był z kurtuazyjną wizytą w Gdańsku. Otóż kmdr Paul M. Regan stwierdził wprost, że w użyciu są m.in. stare radzieckie bezzałogowe midgety, które regularnie kursują pomiędzy wybrzeżami Wenezueli, Kuby i USA z ładunkami kokainy na pokładach.
A teraz stawiam pytanie: czy ktoś nie mógłby uprowadzić okręt podwodny, zlikwidować czy przekabacić załogę i przekształcić go w podwodny transportowiec koki? Kto mógłby mieć siły i środki na realizację takiej skomplikowanej operacji?
Istnieje kilka możliwości, a mianowicie:
• Narkotykowi baronowie z Ameryki Południowej;
• Terroryści z ISIS;
• Przemytnicy „migrantów” z Afryki do Europy;
• Lewaccy partyzanci z Ameryki Południowej;
• Neohitlerowcy z IV Rzeszy i…
• …inni wywrotowcy w nieznanym jeszcze celu.
Jak widać, spektrum możliwości jest dość szerokie. Wymieniłem je wedle stopnia ich prawdopodobieństwa. Trzy ostatnie możliwości odrzucam, natomiast trzy pierwsze wydaja się być najbardziej prawdopodobne.
Czego potrzeba, by porwać okręt podwodny? Trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy. A kto ma pieniądze? Kartele narkotykowe, terroryści z ISIS i przemytnicy „migrantów”. Oczywiście kilkunastu milionerów i miliarderów, ale ci nie pakują kasy w niepewny interes, dlatego stawiam na przestępców.
W tym kontekście zagadkowo brzmi następująca informacja:


Brytyjczycy ścigali zaginiony okręt? Tajemnica losu San Juan

Śmigłowiec Wielkiej Brytanii tropił okręt podwodny Argentyny zanim ten zaginął - twierdzi rodzina jednego z marynarzy. Londyn stanowczo zaprzecza i zapewnia, że tragedia nie ma żadnego związku ze sporem o Falklandy. Jednostka zaginęła na południowym Atlantyku w połowie listopada - na jej pokładzie były 44 osoby.
Brytyjczyków oskarżyła siostra Roberto Daniela Mediny, który znajdował się na pokładzie okrętu San Juan. Kobieta twierdzi, że informacja o śmigłowcu była ostatnią, jaką otrzymała przez Internet od brata.
- To był dziwny komunikat. Pisał też o chilijskim ścigaczu, który miał znajdować się ich w pobliżu - powiedziała argentyńskim mediom Jessica Medina. Dodała, że w tym czasie jednostka płynęła w kierunku Falklandów, wysp, o które od lat toczą spory rządy Argentyny i Wielkiej Brytanii.
Podobne wiadomości na początku listopada mieli otrzymywać też członkowie rodzin innych marynarzy z San Juan - zauważa Fox News.
Na te doniesienia natychmiast zareagowała brytyjska marynarka. "To całkowita nieprawda. Nie mamy żadnych helikopterów do zwalczania sił podwodnych, które rozlokowane są w rejonie Falklandów" - głosi oświadczenie Royal Navy. Tak samo zareagowało dowództwo marynarki wojennej Argentyny.

Argentyna: przed zaginięciem okrętu doszło do przecieku wody

Nie uspokoiło to jednak rodzin marynarzy z San Juan. W piątek zapowiadają demonstracje na Plaza de Mayo w Buenos Aires i przed bazą morską w Mar del Plata, podczas których będą domagać się wyjaśnienia przyczyn tragedii. Rodziny zaginionych chcą też powołania w tej sprawie komisji śledczej w parlamencie.

Poszukiwania trwają

Argentyński okręt podwodny zaginął w połowie listopada podczas rejsu patrolowego z Ushuaia do Mar del Plata. Do tej pory go nie odnaleziono. Marynarze mieli zapas tlenu, który mógł starczyć tylko na 10 dni.
W ubiegłym tygodniu w akcję poszukiwawczą włączyły się statki USA i Rosji, które mają sprzęt pozwalający prowadzić poszukiwania na dużej głębokości. (WP.pl)

Brytyjski helikopter? Chilijski ścigacz? A może to tylko false flag, a tak naprawdę to były jednostki mające za zadanie przechwycenie okrętu i jego opanowanie w celu przeistoczenia go w podwodny transportowiec prochów?
Oczywiście jest to tylko hipoteza, ale ma pewne cechy prawdopodobieństwa. Porwać okręt to żaden problem – Hollywood pokazał to na kilku filmach w rodzaju „Liberator” ze Stevenem Seagalem, gdzie porwano pancernik Missouri, czy „Nuklearny szantaż” z Michaelem Dudikoffem, w którym porwano SSBN USS Ulyssess z pociskami jądrowymi na pokładzie. Tak nawiasem, to reżyser tego ostatniego umieścił akcję swego filmu na Południowym Atlantyku!
A zatem gotowy scenariusz już jest. W takim kontekście poważnie brzmi ostrzeżenie brytyjskiego marynarza:


Terroryści przejmą kontrolę nad okrętem podwodnym? Ostrzeżenia marynarzy

Brytyjski marynarz oskarża Royal Navy, że atomowe okręty podwodne z głowicami nuklearnymi nie są odporne na atak terrorystyczny. Jego zdaniem, islamiści mogliby nawet przejąć kontrolę nad jednostką i odpalić jej pociski. Za opublikowanie tych informacji w Internecie, został aresztowany przez żandarmerię wojskową.
Brytyjska żandarmeria wojskowa aresztowała marynarza z bazy Marynarki Królewskiej w Szkocji, który opublikował w Internecie katalog zaniedbań na atomowych okrętach podwodnych. Marynarz najpierw zbiegł za granicę, ale po namyśle oddał się w ręce władz.
Starszy marynarz William McNeilly opublikował listę 30 zaniedbań w bazie brytyjskiej flotylli atomowej pod Glasgow i na czterech okrętach z rakietami nuklearnymi Trident. Jego zdaniem, łatwość dostępu do bazy i na okręty wystawia kraj na niebezpieczeństwo. Jak ocenia, terroryści mogliby dokonać zamachu na pokładzie jednego z okrętów atomowych powodując kolosalne skażenie radioaktywne. McNeilly przewiduje nawet możliwość ataku na Wielką Brytanię przy pomocy jej własnych rakiet strategicznych. 25-letni marynarz służy dopiero od roku i był na jednym, 4-miesięcznym patrolu okrętu podwodnego "Victorious".
Po jego zakończeniu udał się na urlop i 7 maja opublikował listę zaniedbań. Kilka dni później odleciał za granicę. Jak pisał na swojej stronie na Facebooku, ukrywał się w kilku krajach, ale wrócił, aby dać się aresztować, gdyż dokonał już tego co zamierzył, ostrzegając rząd i społeczeństwo. Brytyjska admiralicja twierdzi, że marynarz nie znał i nie zdradził żadnych tajemnic wojskowych, nie grozi mu więc surowa kara. (Dziennik.pl)

Pytanie zatem brzmi: czy taki właśnie scenariusz zrealizowano w stosunku do ARA San Juan w listopadzie 2017 roku?

Opracował – ©R.K.F. Leśniakiewicz


Credo quia absurdum NON est!
http://www.wszechocean.blogspot.com" onclick="window.open(this.href);return false;
http://www.grzybypl.blogspot.com" onclick="window.open(this.href);return false;
http://www.echojordanowa.wordpress.com" onclick="window.open(this.href);return false;

sectroyer
Gimnazjalista pozyskiwacz
Gimnazjalista  pozyskiwacz
Posty: 1895
Rejestracja: wtorek, 22 listopada 2016, 17:20
Imię: Michał
Ulubione grzyby: Kanie, Podgrzybki, Maślaki
Lokalizacja: Łódź
Pochwalił: 439 razy
Pochwalony: 689 razy
Kontakt:

LXVIII zagadka Bobika

Post autor: sectroyer » sobota, 6 stycznia 2018, 10:36

Na poszukiwania Mh370 wydano znacznie więcej i z tego też wyszła kupa ;)


ODPOWIEDZ Poprzedni tematNastępny temat